piątek, 12 września 2014

Temat oklepany trochę inaczej. Sześciolatki w szkole.


Wczoraj miałam spotkanie z nowym nauczycielem szachów Szymona. Jestem zauroczona podejściem do dziecka, rozgrywaniem partii, sposobem w jaki nawiązywał kontakt, jak pozwalał odchodzić myślami od szachownicy i wracać do niej. Jakby czytał w myślach mojego dziecka.  To chyba temat na osobny wpis. Przytoczę fragment rozmowy (tak był to rozmowa choć cytuję monolog :) ), którą odbyliśmy po półgodzinnej partii. Choć może użyte sformułowania nie są najlepiej dobrane ale w pewien sposób oddają istotę sprawy. 


- Wie Pani, niby wszystko jest w porządku Szymek dobrze sobie radzi, ale może pojawić się pewien problem i chciałbym dziś panią uprzedzić. Gra w szachy to rzemiosło. Można dzieci uczyć kombinowania, zagrywek, wygrywania, ale można też zacząć od mocnych podstaw, twardych nawyków bo to daje efekty długotrwałe....
- Tak, w dzisiejszych czasach modne jest wybieranie drogi na skróty. Najpierw próbuje się robić karierę a potem szlifuje warsztat
- Otóż to! A ja powinienem nauczyć dzieci m.in. tego warsztatu... Te zajęcia są skierowane do uczniów pierwszej klasy. Głównie siedmiolatków. Ja obserwuję, że między siedmiolatkami sześciolatkami jest jednak przepaść. Choć możliwości intelektualne maja takie same, zupełnie inaczej funkcjonują na zajęciach. Siedmiolatek na zajęciach szachowych rozumie pojęcie grupy. Sam siebie postrzega jako członka grupy  i nie tylko pracuje ale też współpracuje. 
Sześciolatek działa inaczej. Przez większość czasu znajduje się w swoim świecie. Jest jak by to powiedzieć... jak...dziecko autystyczne.... Poza szachownicą widzi zegar, autko, które ma w plecaku, gąbkę przy tablicy, kolorowy globus i 100 innych rzeczy (tak zachowywał się Szymek ;) ). Na chwilę pojawia się w moim (naszym) świecie by za chwilę znów zniknąć w swoim. Wcale nie oznacza to, że nie wie co się dzieje na szachownicy. Mi to zupełnie nie przeszkadza, ale wymaga indywidualnego podejścia i dostosowania zajęć do tego pojawiania się i znikania. Grupa to 10-15 dzieci. Gdy w grupie mam 5 sześciolatków to tak naprawdę mam 5 światów, do tego świat, który tworzy reszta grupy. Nie ma możliwości indywidualnego podejścia do dziecka. A mam jakieś zadanie do spełnienia. Obawiam się sytuacji, że Szymek się zniechęci bo będzie się nudził, bo zajęcia nie będą dostosowane do jego potrzeb...W związku z tym mam prośbę, czy na kilku pierwszych zajęciach mógłby pojawiać któryś z opiekunów, mama, tato, jako taki asystent.....


Rozmowa trwała jeszcze chwilkę ale mnie zastanowiło porównanie do dziecka autystycznego. Tak wiem wiem - nie mam pojęcia o czym mówię, powielam stereotypy, spłycam problem który mnie nie dotyczy .... Czy nie dotyczy Mistrza, nie wiem...ale...coś jest w tym co mówi. Tak troszeczkę....Przynajmniej na tak specyficznych zajęciach. A gdy przeczyta się dość świeży artykuł, w którym autorzy stwierdzają nadmiar synaps u dzieci i młodzieży z zaburzeniami w spektrum autyzmu i zaburzenia plastyki mózgu (klik klik), a do tego weźmie pod uwagę że skok rozwojowy towarzyszące mu "przycinanie synaps" związane z plastyką mózgu jest szczególnie nasilone w wieku przedszkolnym, u jednych dzieci trochę szybciej u innych trochę później ale właśnie wtedy....

Tak jakoś zaczynam współczuć nauczycielom którzy muszą pracować z dziećmi przed skokiem, w trakcie skoku  i po nim. Sami. W jednej klasie.

Co myślicie? Przeginam?

wtorek, 9 września 2014

Chwalą nas

Staram się. Nawet bardzo, ale czasem pochwały przychodzą ze strony, której się nie spodziewałam. 

Odbierałam Szymonka z przedszkolnego placu zabaw. Zagadnęła mnie jego nauczycielka. Najstarsza z zespołu.:
- Muszę pani powiedzieć, że bardzo podoba mi się w jaki sposób Szymuś opowiada o wakacjach.
- Oj o wakacjach! Tak żałuję, że wyrzuciłam do śmieci te jego muszelki. Nie sądziłam, że są aż tak ważne. Tak bardzo płakał, że miał przynieść do przedszkola skarby z wakacji i przeze mnie nie miał....- wylały się ze mnie wyrzuty sumienia
- Nie chodzi mi o wczorajsze zajęcia. Rozmawiałam z nim o wakacjach wcześniej. Opowiadał pełnymi poprawnymi zdaniami i wiedział gdzie był.
- Jak to wiedział gdzie był??!
- Tak proszę panią. Bo dzieci nie wiedzą gdzie były na wakacjach. Wiedzą, że były nad morzem czy w górach i tyle. A Szymek znał miejscowości, nazwy geograficzne. Wiedział co w nich widział, co mu się podobało. Wiedział też gdzie nie był! Opowiadał gdzie jeszcze kiedyś pojedzie i co chciałby zobaczyć.
- Yyy... tak, bo my mu..yyyy....opowiadamy....- to się popisałam elokwencją. I już wiadomo, że te pełne zdania to raczej nie dzięki mamusi.
- To bardzo dobrze, że Państwo w ten sposób podróżują z dziećmi.
...

W ten sposób... to znaczy w jaki? Pod namiot? Z mapą?  Że opowiadamy, co zobaczymy? Że omawiamy co już widzieliśmy? Pytamy, co się podobało? Dajemy wybór? Dopowiadamy historię? Odpowiadamy na pytania?
To można inaczej???

poniedziałek, 8 września 2014

Czas zmian

Wakacje za nami. Zrobiły co miały zrobić. Nie odpoczęłam, ale nabrałam dystansu. Przegadaliśmy wiele, przedsięwzięliśmy jeszcze więcej. A jedna niepozorna rzecz w tym całym galimatiasie dała mi wytchnienie i uspokojenie. Pomalowaliśmy pokój. Niby nic a jednak. Ostatnio malowany był w "epoce przed dziećmi". W czasie owym kolor dobieraliśmy wedle ówczesnych upodobań. Było morelowo? brzoskwniowo? łososiowo? Nie ważne jaka potrawa ale na pewno pobudzająca wydzielanie soku żołądkowego. Bo właśnie pobudzenia wtedy potrzebowaliśmy. Dziś wrażeń i pobudzenia mamy ile dusza zabraknie, ściany przybrały więc barwę szlachetnej, złamanej prawie-bieli. Każda forma uspokajania i wyciszania się stała się na wagę złota. 

A zmieniło się sporo. Mam dwóch przedszkolaków :D Nie, nie puściłam Szymona do szkoły. Pięć i pół roku to za wcześnie na siedzenie w ławce i kropka. Że niby nie stymuluję rozwoju dziecka?! Jeśli się ma do czynienia z TAKIM przedszkolem i TAKIMI nauczycielkami przedszkolnymi to aż się chce, żeby dziecię do przedszkola chodziło jak najdłużej. Obawiam się, że szkoła kontynuacją tego stanu rzeczy nie będzie...... Tak! Przejrzałam "Nasz elementarz"....ehh...a będzie obowiązywał również w przyszłym roku. Nie chodzi mi o to, że gorszy od innych dzisiejszych. Raczej o to, że każdy dzisiejszy jest inny od "moich" standardów. 
(Kiedyś sklecę coś więcej na ten temat)

Przed nami tydzień "ogarniania" czyli zebrań przedszkolnych, zapisów na zajęcia dodatkowe, układania planów, podliczania możliwości, także finansowych, dzieje się...
A przecież nie wszystko kręci się wokół dzieci. Teraz czas by trochę się odkleiły i chłonęły świat. Teraz nadszedł moment szansy na samorozwój, realizowanie planów zawodowych.

<Podekscytowana, zadowolona, podniecona, trochę przestraszona>

piątek, 7 marca 2014

Nic nie piszesz!

Oj zbiera mi się ostatnio od różnych osób, że się obijam. Trochę się obijam, przynajmniej blogowo. Nie piszę choć byłoby o czym. A dokładniej rzecz ujmując - piszę ale nie wciskam magicznego "opublikuj". Z czego to wynika? Z zakrętu.
Stoję na zakręcie, zapędziłam się w kozi róg.
 Nasze słodkie maleństwa przestają już być maleństwami, stają się całkiem rozsądnie myślącymi samodzielnymi istotami. Szymon skończył pięć lat i lada moment pójdzie do szkoły. Zacznie czytać. jego koledzy zaczną czytać. A ja piszę, ujawniam. Zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno Szymon chciałby, żeby ktoś czytał o nim posty wiedząc, że z imienia i nazwiska, że są to posty własnie o nim. Nie wiem, zwyczajnie nie wiem co zrobić. Na przejście na "anonimowość" trochę za późno.
Całkiem zrezygnować? Nieee-e
Jestem na to zbytnią egocentryczką i ekshibicjonistką. Uwielbiam dzielić się naszymi radościami choćby z całym światem. Z drugiej strony nie lubię jak problemy wychodzą na zewnątrz. Pisząc tylko w konwencji "don't worry" trochę fałszuję obraz bo jednak trochę "worry".
I co teraz?

Ehh może przesadzam....jak zwykle

Tym czasem coś o Jasiu?

Jaś jest "inny". Inny niż ja, inny niż Szymonek. Obcowanie z nim jest dla mnie cudownym doznaniem ale i niezwykłym wyzwaniem. Bosz jak pompatycznie wyszło...no ale...tak właśnie jest - cudownie i niezwykle.
Jaś ma bardzo mocny charakter...silniejszy niż ja a to wróży konflikty. Jaś próbuje rządzić, wymaga, protestuje. Ale robi to w taki sposób, że trudno się na niego gniewać. Gra na emocjach jak nikt inny. Jest taki "intensywny". Śmieje się intensywnie i krzyczy równie intensywnie. A ja nawet nie zauważam jak...ulegam. Z tego mojego ulegania  wychodzą dość ciekawe rzeczy.
O tym jak Janek nie może wyjść z pieluch bo "jeś malutki" i o tym jak jeździ na nartach bo "jeś duuuzi jak Imon" w następnym poście...jak tylko obrobię fotki. :)



niedziela, 26 stycznia 2014

Szach i mat

Czas pędzi jak szalony. Nasze pierworodne maleństwo skończyło już pięć lat. Weszło w wiek kiedy nie pochłania już wszystkiego co się dzieje dookoła całościowo i bezkrytycznie. Wyciąga niesłychanie logiczne wnioski. Coraz wyraźniej widać jego predyspozycje i zainteresowania. A ja? Szaleję!
Z jednej strony łapię i delektuję się wszystkimi chwilami gdy mam przed sobą swojego małego syneczka. Maluszka, który wpycha mi się na kolana, kłóci kto kogo mocniej kocha, płacze nad utraconą zabawką, bo wiem, że niedługo to wszystko przeminie. Niedługo wstydem będzie dać mamie buziaka. 
Z drugiej strony przeraża mnie zbliżający się "wiek szkolny". Programy nauczania, które pozostawiają wiele do życzenia. Jak wspomagać dziecko w rozwijaniu zdolności? Jak nie przegapić talentów? Jak zachęcać by nie zniechęcić? Jak obciążać aby nie przeciążyć? Jak przygotować do wszechobecnego wyścigu szczurów tak by pozostało dzieckiem na miarę swojego wieku? Jak chronić by nie rozstawić klosza? Jak usamodzielniać by czuło wsparcie? No jak??
Szaleję i jestem tego świadoma. Napędzam się i jednocześnie wyhamowuję. Zdrowy rozsądku przybywaj!

A na razie zapisałam Młodego na szachy :) Już teraz i dopiero teraz. Zrobiłabym to wcześniej ale tatuś był przeciwny. Przypuszczam, że bał się, ze chcę wyhodować "mózgowca" rodem z amerykańskiego filmu - czytaj fajtłapę :) A gdzież bym śmiała! :) Pierwsza wypchnę go do grona rówieśników! A jeśli przy okazji będzie to grono o podobnych - myślicielsko-inżynieryjnych zainteresowaniach ... ;)
Przed pierwszymi zajęciami Młody, jak to Mlody - PRZERAŻONY. Już w przedszkolu był płacz: "Za wcześnie mnie odebrałaś! O 22 minuty za wcześnie!", "Może nie dzisiaj...Może za tydzień...", "Pójdę tylko ten jeden raz, ale ty idź ze mną. TYLKO JEDEN!!", "A co jeśli inni będą potrafili a ja nie?!"
Obiecałam, że jeśli będzie źle, ciemno, głośno (ciągle jeszcze pojawia się nadwrażliwość na dźwięki), smutno, strasznie, tu padło 1000 innych epitetów, WYCHODZIMY i nie wracamy. A Polinką nad Odrą i tak się przejedziemy. A tuż po zajęciach: "następnym razem jak tu przyjedziemy to też kupisz mi taki jogurcik??" Czyli będzie następny raz - hurra! A tydzień później w szatni w przedszkolnej, tak mimochodem a jednak głośniej niż normalnie, niby do siebie a jednak tak, żeby wszyscy obecni słyszeli - "Ja dzisiaj się spieszę bo jadę na szachy!". 
I tak narodził się piątkowy rytuał: autobusem na politechnikę, po zajęciach przyjeżdża tatuś i razem myk Polinką nad Odrą. Co za radość!

I żeby nie było, że mózgowiec i pewnie nie bardzo sprawny - TA DAM :


wtorek, 14 stycznia 2014

To nie tak, że u nas nuda i stagnacja

Czasem po prostu pisać się nie chce. Ot, takie małe podsumowanie grudnia, zgadnijcie kto,co:
- pęknięte kości ogonowe - szt. 1
- potłuczone kolana - 3
- obite biodra - 2
- rozcięte kolana - 1
- złamane strzałki - 1
- skręcone kostki - 1
- torbiele na jajnikach - 1 (tu akurat nie trudno zgadnąć)
- wysypki -2
- jelitówki - 4
- "zapalone" spojówki - 4
...katarków i kaszelków i "diagnoz nieznanych" nie liczę - skierowania czekają :(

do tego podrapane auto, zepsuty komputer itd. itp

Żeby nie było tak czarno
- wyjazdy w góry - 2
- torty urodzinowe - 2
- kutie bezglutenowe- 1
- tony zabawek - 2
- posprzątane mieszkania - ZERO

Jaa chcę  doo praaacyyyy!!!
...ale już nie długo,już w sobotę

wtorek, 3 grudnia 2013

Yyyy, to dzisiaj?

- Dzień dobry, przyszliśmy wymienić wodomierze
- Yyyy, to dzisiaj?! Ja właśnie...
- Hehe, dzisiaj wszyscy tak nas witają :)
- No dobrze, zapraszam
- yyyy
- Na pewno w łazience lub w toalecie a no i w kuchni
- Tak w toalecie - zdejmuję ruchomy kafelek ze ściany- ale w kuchni chyba nie
...
- Bartuś, gdzie u nas są wodomierze, w kibelku i ?
- Yyyy, to dzisiaj? Czytałaś ogłoszenie? Jeszcze w spiżarni.
- Ło matko - trzeba odgruzować!!!

Podczas gdy Pan Od Wodomierzy mocował się z zaworami w toalecie, ja mocowałam się urządzeniami pomiarowymi, kaskami, nartami, kijkami a poziom "zdenerwowania" rósł, choć o dziwo nieznacznie.

- Już? To teraz proszę do spiżarni, o tu jest dziura - jakże fachowe słownictwo przyszło mi do głowy,  aż usłyszałam z głos nauczyciela techniki  "OTWÓR,  dziura to jest w..."
- O cholera, głęboko!
- No trochę głęboko...
- Ma Pani jakąś latarkę?
- Oczywiście, że mam - przy 3 chłopach w domu mam pełen asortyment latarkowy - Życzy pan sobie zwykłą latarkę czy czołówkę?
- O!! Czołówka będzie super!!
....

- O kurwa!... Przepraszam
- W czymś mogę panu pomóc?
- Klucz mi spadł do szachtu!  - Pan Od Wodomierzy wyglądał jakby za chwilę miał się rozpłakać
- Jaki był ten klucz?
- Trzydziestka
- Chyba powinna gdzieś tu być trzydziestka. Pożyczę Panu.

P.S. Pan Od Wodomierzy trzydziestkę zwrócił. A w kuchni zalegają przyrządy pomiarowe, kaski rowerowe, kije....Jak dzieci pójdą spać...