wtorek, 3 grudnia 2013

Yyyy, to dzisiaj?

- Dzień dobry, przyszliśmy wymienić wodomierze
- Yyyy, to dzisiaj?! Ja właśnie...
- Hehe, dzisiaj wszyscy tak nas witają :)
- No dobrze, zapraszam
- yyyy
- Na pewno w łazience lub w toalecie a no i w kuchni
- Tak w toalecie - zdejmuję ruchomy kafelek ze ściany- ale w kuchni chyba nie
...
- Bartuś, gdzie u nas są wodomierze, w kibelku i ?
- Yyyy, to dzisiaj? Czytałaś ogłoszenie? Jeszcze w spiżarni.
- Ło matko - trzeba odgruzować!!!

Podczas gdy Pan Od Wodomierzy mocował się z zaworami w toalecie, ja mocowałam się urządzeniami pomiarowymi, kaskami, nartami, kijkami a poziom "zdenerwowania" rósł, choć o dziwo nieznacznie.

- Już? To teraz proszę do spiżarni, o tu jest dziura - jakże fachowe słownictwo przyszło mi do głowy,  aż usłyszałam z głos nauczyciela techniki  "OTWÓR,  dziura to jest w..."
- O cholera, głęboko!
- No trochę głęboko...
- Ma Pani jakąś latarkę?
- Oczywiście, że mam - przy 3 chłopach w domu mam pełen asortyment latarkowy - Życzy pan sobie zwykłą latarkę czy czołówkę?
- O!! Czołówka będzie super!!
....

- O kurwa!... Przepraszam
- W czymś mogę panu pomóc?
- Klucz mi spadł do szachtu!  - Pan Od Wodomierzy wyglądał jakby za chwilę miał się rozpłakać
- Jaki był ten klucz?
- Trzydziestka
- Chyba powinna gdzieś tu być trzydziestka. Pożyczę Panu.

P.S. Pan Od Wodomierzy trzydziestkę zwrócił. A w kuchni zalegają przyrządy pomiarowe, kaski rowerowe, kije....Jak dzieci pójdą spać...

piątek, 22 listopada 2013

Życie gwiazdy

- Mamo poczytaj o kometach i gwiazdach
...
- " Wszystkie gwiazdy przy końcu swojego życia puchną i stają się czerwonymi olbrzymami lub gigantami. Gdy Słońce stanie się czerwonym olbrzymem będzie tak duże, że połknie Merkurego, Wenus i Ziemię. Stanie się to za prawie 5000 milionów lat."
- Jak to połknie?! Dlaczego połknie?1
- Będzie rosło, rosło aż wchłonie...
- Ale ja nie chcę, żeby połknęło! (broda zaczyna drżeć)
- Ale to dopiero za 5 miliardów lat, nas już dawni nie będzie. Gwiazdy żyją znacznie dłużej niż ludzie. - I już czuję, że wykopałam pod sobą dołek...
- To nas już nie będzie?!
- Nie będzie.
- A dlaczego?? Dlaczego gwiazdy żyją dłużej niż ludzie? Ja nie chcę...

...

- Widzisz, mój samolot ma teleskop i można lecieć i oglądać i komety i planety i czarne dziury i "głamwice"
- Czarnych  dziur to przez teleskop nie zobaczysz.
- Dlaczego?
- Bo są czarne - rzucam jakże "inteligentną" odpowiedź,
- Ale mój teleskop ma kamerę ze światełkiem i nawet czarną dziurę można zobaczyć!

środa, 20 listopada 2013

Ad. mikrokosmos

Efekty mikroskopowania są. Po zaledwie 24 godzinach Młodzieniec sam z własnej woli i wg własnego pomysłu wyciągnął książkę pt. "Ciało człowieka" i kazał sobie czytać o krwi, sercu i "pępnicach". 
Na jutro zaplanował szkielet. :D Mamusi w to graj. 

wtorek, 19 listopada 2013

Mikrokosmos

Dżony przeziębiony. Nie żeby nas cieszył ten fakt, ale i niedyspozycję Młodszego można wykorzystać w celach naukowych. Jaś padł o 18:00 a to znaczy, że mieliśmy aż dwie godziny TYLKO dla Szymonka. Wyciągnęliśmy więc...mikroskop. 
Szymon już od jakiegoś czasu męczył "A co to? A po co? A dlaczego?" a skoro na naukę nigdy nie jest za wcześnie...
Matka mogła się wykazać i przygotowywała preparaty, a  Dziedzic oglądał i komentował. Obejrzeliśmy:
- standardowo komórki cebuli
- literki wycięte z gazety (po to, żeby pokazać, że obraz jest obrócony)
- kawałki zastygłej lawy przywiezione z Islandii
- muszelki nie wiadomego pochodzenia, najprawdopodobniej jednak z Bałtyku
- kryształki soli i cukru
- liść fiołka alpejskiego
- nogę muchy domowej (nie wyrywaliśmy nóg musze, skorzystaliśmy z gotowego preparatu)
- cebulkę włosa - matki oczywiście
- erytrocyty również matki - Wiadomo, że dałaby się pokroić za Młodego, dlaczego więc nie miałaby dać się pokłuć. 

Łańcuszek :P

Nie takie proste jakby się wydawało..
Do zabawy zaprosiła Strzyga. Mnie - pierwszego (no może drugiego) kilera łańcuszków. Co się ze mną dzieje - ostatnio żyrafa na fejsiku, teraz to...
 Mam przedstawić 7 rzeczy o sobie, których nie wiecie. Tak żeby nie zepsuć zabawy?
Siedzę i siedzę, myślę i myślę... tak żeby nie zepsuć zabawy?

1. Nie toleruję niedomkniętych szuflad. Jeśli jakąś zauważę, muszę ją domknąć, choćby nie wiem co. Dziwne, tym bardziej, że ogólny "nieład artystyczny" nie bardzo mi przeszkadza. 
2. Nie znoszę gołębi - wkurzają mnie, brzydzą, jedno wielkie bleee. Nie lubię też sąsiadki która je karmi czy lato czy zima. Lubię za to wrony.
3. Nie jadam brukselki, ale polecam ją innym jako źródło kwasu foliowego.
4. Mam sporo receptorów piątego smaku, zwanego umamim. Odpowiadają one za wyczuwanie obecności kwasu glutaminowego. Efekt? - Wyczuję glutaminian sodu wszędzie. :P Żadna kostka rosołowa się przede mną nie ukryje.
5. Boję się cudzych dzieci....A może bardziej boję się ich rodziców? - sama nie wiem. (Pomijając grono najbliższych znajomych ofkors.) Raczej nie nadaję się na wodzireja dziecięcych zabaw. Cenię za to ludzi, którzy takie zdolności posiadają
6. Mam tendencję do kopiowania...osobowości. Jeśli przepisuję czyjeś notatki to po chwili moje pismo staje się podobne do kopiowanego. Jeśli ktoś pochyla litery w prawo to ja po chwili też to robię. Nie mam jednego pisma tak samo jak nie mam jednego stylu ubierania się. Równie dobrze czuję się w glanach i skórzanej kurtce jak w szpilkach.i małej czarnej a nawet małej różowej. Cała jestem jednym wielkim stylem eklektycznym, bajaderką, melanżem. No proszę jakie ładne określenia znalazłam na swój temat! I zazdroszczę zmysłu estetycznego  i konsekwencji innym. (Madzia F.,  ajlowju!! :* naprawdę!!)
7. Jestem dość kreatywna ale strasznie, strasznie niekonsekwentna. Mam dużo pomysłów, ale mało który realizuję.

Prośba spełniona ale łańcuszek przerwany. Nie nominuje nikogo. :D

środa, 13 listopada 2013

RRRRRR mamusiu!

I się dziecię zorientowało, że matka nie wymawia głoski R tak jak powinna. 
- Mamusiu mówi się RRRRR a nie r, posłuchaj. RRRRROWER, RRRRROOOWERRRRR. Widzis, musis tak barrrdzo sybko machać języckiem.
- Nie umiem Szymonku
-Niemozliwe mamusiu! Sprrróbuj, pseciez TY WSYSTKO UMIES!! No wsystko!!, tylko musis spróbować! 

A ja się delektuję, ego mi rośnie bo kto, kto jeszcze tak we mnie wierzy?!! Wszystko, absolutnie wszystko umiem :) Delektuję się póki mogę. Bo "za rok, może dwa schodami na strych odejdą z ołowiu żołnierze", a wtedy wstydem będzie dać wszystkowiedzącej mamie buziaka - jeszcze ktoś zobaczy. A jeszcze potem będzie "co ty tam wiesz". 

P.S.
Jakoś to, że nie wymiawia SZ, Ż, CZ nie bardzo mu przeszkadza. A ja nie naciskam. Czasem się facet bardzo stara, ale wtedy zaczynam się bać, że połknie swój język :P Ćwiczymy, ale bez przesady ;) "szzzzzumią jodły na gór szzzzczzzycie".


wtorek, 5 listopada 2013

Królestwo za...rower

Że Szymon jest zapalonym rowerzystą to wiadomo nie od dziś. Kupić rower dla dziecka? Wydawało by się, że nie ma nic prostszego.Otóż nic bardziej mylnego.
Pierwszy rower miał być niebieski i koniec. Kupiłam niebieski. Tatuś od początku kręcił nosem bo ciężki, masywny, jakiś taki nie wymiarowy. (Trzeba było kupić samemu :P ) Rowerek został bo "do nauki może być". Pierworodny nauczył się a w międzyczasie troszkę podrósł i wyszły kolejne problemy. Podnieść siodełko owszem - można, ale kierownicy już nie. Jeśli zdecydujesz się podnieść dziecku siodełko zacznie uderzać kolanami w kierownicę. Cel producenta jest prosty - kup następny rower naiwniaku!
Zrobiliśmy przegląd rowerków dla dzieci w wieku Szymka dostępnych na polskim rynku. I co nam wyszło?
Wszystkie są baaardzo ciężkie, ważą prawie tyle samo co nasze "dorosłe". Wszystkie są kiepsko wyważone, wszystkie są dziwacznie nieproporcjonalnie skonstruowane bez możliwości rzeczywistej regulacji. Szymonkowa chińszczyzna niczym nie odbiega od standardów np. znanego marketu sportowego. Nie chodzi nam o to, że Młody ma sobie rower nosić po schodach, ale o to, że masę trzeba wprawić w ruch! To trochę tak jakbym ja jeździła na rowerze, który waży 40 kg! Jeśli już jest ciężki to niech chociaż będzie wygodny, żeby nie trzeba było się sięgać gdzie wzrok nie sięga i niech rośnie wraz z dzieckiem przynajmniej przez 2-3 sezony.
Tatuś zadecydował - trzeba znaleźć stary składaczek typu Pelikan. Pamiętacie? :D
Rowerka szukałam i nie mogłam znaleźć bo w większości przypadków rowerki były w stanie rozkładu. 
Wczoraj znalazłam. Ostateczną decyzję podjął Dziadek -  KUPUJ, ja stawiam.
Kupiłam. Teraz czekamy na przesyłkę. Ma przyjechać śliczniutki, niebieściutki, 27-letni!!!

Ciekawa jestem na ile nasza wrodzona skłonność do idealizowania własnego dzieciństwa zakrzywiła nam obraz :P Mama nadzieję, że nie :)
Dam znać. U nas sezon rowerowy ciągle otwarty.

środa, 16 października 2013

Pippi

Wczoraj skończyliśmy czytać Kubusia Puchatka. Dziś wieczorem zadałam pytanie z tych retorycznych - O czym dziś poczytamy? - Przekonana, że zaczniemy od samego początku, już,  już zbliżałam się do półeczki, gdy za plecami usłyszałam - O Pippi!
- O czym?? - dopytałam z niedowierzaniem
- O Pippi.
- A kto ci czytał o Pippi? - pytam, choć doskonale pamiętam, że ja sama. Zaczęłam, ale szybko zmieniłam zdanie w połowie pierwszego rozdziału, bo za dużo się działo między wierszami, a na wszelkie pozory mój syn jest bardzo wyczulony.
- Czytaliśmy jak byłem w drugiej grupie! - co znaczy tyle, że działo się to bardzo, bardzo dawno temu, gdy był jeszcze całkiem małym chłopcem ... a teraz już nie jest bo lada chwila będzie miał pasowanie na starszaka. Od tych zamierzchłych czasów dzielą nas wakacje, a może jeszcze z miesiąc czy dwa!
- A może jednak coś innego...
- Może jednak Pippi

Przeczytaliśmy pierwszy rozdział i...nic. Nawet trochę mi się zrobiło przykro, że to moje nadwrażliwe Szczęście już nie emanuje taką empatią jak dotychczas. Coś, co nie dawało mi spać i przysparzało trochę zmartwień było jednak powodem do dumy, bo zdolność do empatii jest dziś na wagę złota. A mój syn miał jej tyle, że mógłby obdzielić kilka innych osób. A teraz tak po prostu przechodzi do porządku dziennego (a raczej wieczornego) nad dziewczynką, co prawda posiadaczką konia i małpki, ale jednak całkiem małą i samotną. Ehh

I nagle...

- A dlaczego ta (Pippi) mieszkała tylko z konikiem i tylko z małpką? kiedy wrócą jej rodzice?
- Mamusia umarła, a tatuś...
- Wiem, że umarła, ale kiedy wróci?
- Kochanie, jak umarła to już nie wróci.
- I ona jest tym aniołkiem w niebie? I nie wróci? To jak ona tam śpi? Da się tak spać na chmurze?
- Nie wiem, chyba się da. 
- To kto ją (Pippi) będzie pilnował? - dostrzegam ogromne źrenice i drżący kącik ust
- Nikt 
- A tatuś?
- A tatuś zaginął na morzu. - Teraz już wyraźnie drżą oba kąciki
- Ta książka przyniosła mi wiele smutku! 
- Szymonku, ale Pippi wcale się nie smuci, jest bardzo wesołą dziewczynką. - Szymon wtula się we mnie jak może najmocniej a ja znów czuję się głupia, oboje wiemy, że to co mówię jest bez sensu, lepiej już nic nie mówić.
- Mamusiu, jutro poczytamy Kubusia Puchatka....


Jeszcze nie czas, może w przyszłym roku...


czwartek, 10 października 2013

Jeże

Wraca Pierworodny z przedszkola i dumnie prezentuje pierś, na której ma naklejony znaczek z napisem "naprewdę dobrze!"
- Ceść, dostałem nagrrrrodę!
- Cześć, to świetnie! A za co?
- Odpowiedziałem na pytanie!
- A jakie pytanie?
- "Jakie są gatunki jezów w Polsce"
- I co odpowiedziałeś?
- Ze są jeze wschodnie i zachodnie
- Taaaak? a skąd wiedziłeś?
- No wiedziłem - wzrusza ramionami.

Dumna z dziecięcia aczkolwiek niedowierzająca zaczerpnęłam opinii cioci wikipedii. Otóż w Polsce występują 2 gatunki jeży: Jeże zachodnie i Jeże wschodnie (od niedawna uznane za osobny gatunek).

Wiedzieliście? 

wtorek, 1 października 2013

Przedstawienie

Przedszkolaki były w teatrze. Rządna opowieści, głodna dziecięcych wrażeń z podróży do Krainy Fantazji pytam:
- Szymusiu! Jak ci się podobało przedstawienie?!
- No fajnie było. Jechaliśmy "piętnastką" a potem szliśmy przez Park Południowy a potem do "Polskiego Rrradia Wrrrocław przez cały rrrok"
- A o czym było przedstawienie?
- Nie pamiętam
- Jak to nie pamiętasz? Przypomnij sobie szybciutko!
- Nooo doooobrrra, było o księznicce i rrrycezu.
- Ry-ce-RZu
- No o rrrrry-ce-zzzu. 15 minut trwało.
- Jak to 15 minut?! Taki kawał jechaliście i 15 minut?! Chyba nieee...
- No tak, ale wies jakie były wieeelkie okna?! Więkse nis pani Patrrrrycja!
- No coś ty?!
- Takie wieeelkie, Takie wielkie jak ten "Feriogaj"
- To rzeczywiście wielkie. A przedstawienie było tylko o księżniczce i rycerzu?
- Jesce o carrrrnoksięzniku i wrrrrózce. A te okna to zasłoniły rolety. Takie wielkie rolety na caaałe okna. Ale nie wsystkie. Bo by było za ciemno, ale cęść.  I były takie wieeeelkie orrrgany, takie ogrrromne flety miały. Więkse niż z kościele. Ale się nie bałem bo nie piscały. Wies, one chyba piscą tylko jak jest telewizja.
- Szymuś a co Ci się najbardziej podobało?
- No te organy! I guzik.
- Jaki guzik?
- Wies jaki był guzik?
- Jaki?
- Metalowy! W plastikowej toalecie!! Barrrdzo fajna toaleta!!! A wies co było drrrewniane?
- Co?
- Sufit był drrrewniany. To barrrdzo ładna toaleta musiała być!!

To się przeniosłam do krainy wyobraźni...
Mój kochany mały inżynier.


wtorek, 24 września 2013

Trema i horoskop

Na wczorajszym spacerze Szymon znalazł liście. Piękne czerwono-pomarańczowo-żółto-zielone liście klonu. A ponieważ, jak co roku o tej porze, tematykę przedszkolnych zajęć zdominowała jesień, Szymon postanowił liście zanieść do przedszkola. (On, nie ja, żeby było jasne). Liście zostały umyte z błota, przygotowane do zabrania, wreszcie zabrane i zaniesione, a w przedszkolu....wyrzucone do śmieci zanim ktokolwiek je zobaczył. Bo...
- bo tak?
- bo foch?
- bo trema?
Tak to już z Szymkiem bywa, że w kluczowych momentach dopada go takie przerażenie przed byciem w centrum uwagi, zaprezentowaniem się, że nie ma sensu z nim dyskutować. Namawianie skutkuje większym oporem a czasem i histerią. A wydawałoby się - co to takiego, przynieść liście do przedszkola...
Że wierszyka nie powie, już się przyzwyczailiśmy. Publicznie? - Nigdy, ani jednego! Czasem fragment na ucho podczas kąpieli. Już bardziej intymnej scenerii sobie nie wyobrażam (przynajmniej dla dziecka ;) ). A wiem, że potrafi bo gdy ja czytam i czasem się "pomylę", natychmiast mnie poprawi.
Problemy z rysowaniem odeszły w niepamięć.Widzę w tym głównie moją zasługę. Ćwiczyliśmy. Dużo ćwiczyliśmy. Najczęściej tak, żeby nikt nie widział, nikt nie wiedział. Już potrafi i nawet nieźle mu to wychodzi. Nawet czasem się pochwali rysunkiem dziadkom. A jak mu się zdarzy wyjść za linię, natychmiast patrzy na mnie i pyta/stwierdza "Ale nic nie szkodzi, prawda?!" A ja muszę przesadnie zapewniać, że naprawdę nic nie szkodzi i czasem każdy wychodzi za linię. PERFEKCJONISTA? Albo idealnie albo wcale. 
I taka ciekawostka. Podesłała mi koleżanka horoskop dla dzieci. Nie, nie wierzę :) ale czasem czytam dla zabawy. Było w nim napisane tak:

"Mały Koziorożec jest bardzo poważnym dzieckiem. Jego upór w dążeniu do celu jest większy niż przysłowiowego osła.
Świetnie sobie radzi w rzeczywistości fizycznej, przywiązuje dużą wagę do rzeczy materialnych, a liczyć pieniądze potrafi jeszcze zanim nauczy się dobrze mówić. Gdy zacznie dorastać rodzice nie będą musieli się martwić o jego przyszłość, bo jeszcze na studiach zacznie zarabiać i zainwestuje stypendium czy kredyt studencki tworząc sobie podstawy do samodzielności.
Rodzice mogą się małym Koziorożcem trochę martwić, gdyż mało w nim trzpiota, dziecięcej naiwności, jest małomówny i zamknięty w sobie. Nieśmiałość i rezerwa wobec innych dzieci utrudniają mu poznawanie nowych osób, jednak kiedy się przełamie i trafi na życzliwe środowisko, staje się bardzo otwarty. Jest też bardzo samodzielny, może robić wrażenie, że nie potrzebuje wsparcia emocjonalnego. Potrzebuje ich jak każdy maluch, ale trudniej mu je przyjąć. Często może robić wrażenie starszego niż jest w rzeczywistości i woli przebywać z dorosłymi niż z dziećmi, jednak w rzeczywistości kontakt z rówieśnikami jest dla niego bardzo ważny. 
W szkole radzi sobie świetnie, jest wyjątkowo pracowity i wytrwały. Jest także ambitny, nie trzeba zaganiać go do nauki, a raczej trzeba odciągać od książek, żeby czasem odpoczął i nabrał dystansu do siebie. Konsekwentnie i cierpliwie dąży do sukcesu. 
Umysł ma ścisły i konkretny, więc lepiej, gdy wybierze zawody techniczne, wymagające dobrego planowania. Dobrze będzie sobie radzić na stanowiskach kierowniczych, gdyż ma naturalny talent do zarządzania i organizowania."

No wypisz wymaluj mój Szymek. A ja bawię się w psychologa, doszukuję problemów, kwasy omega podaję, a tu horoskop mi zagadkę rozwiązał :D
Tylko jak to się ma do Jasia?? Również koziorożca? Artystycznej duszy? Śpiewająco-tańcząco-malującego Minimka? 


środa, 18 września 2013

Wolne poranki

Siedzę w domu. Mam klienta/pacjenta, zajęcia do przygotowania, zlecenie do zrealizowania to pracuję. Nie mam - mam wolne. Wolne, nie wolne 4 godziny. Nie całe 4 godziny.
Zaczynam ogarniać. Ogarnianie zajmuje czas. Ostatnio zaczęłam liczyć ogarniane rzeczy. Po każdej setce (tak setce) jest nagroda.
1. kołdra na łóżko
2. spodenki do szafy
3. miseczka do zmywarki
4. książeczka na półkę
5. autko do pudła
6. piżamka do prania
.....
99. piłka do kosza na piłki
100. kosz na piłki do kąta

NAGRODA -śniadanie

1. talerz po śniadaniu do zmywarki
2. kredki do pudełka
3. szymonkowa szczoteczka nr 3 do kubeczka
4, 5, 6.......30 - bluzeczka z suszarki do szafy
31. lampka od roweru...gdzie? zaczeka na tatusia
31. autko nr17654715 spod kanapy do pudełka
...
99. Pranie z pralki na suszarkę
100. nocnik do toalety

NAGRODA - herbata

1. jeszcze jeden flamaster
2. coś z jajka niespodzianki - do śmieci
...
Ło matko już 11:50 Janeczku mama już pędzi...ogarnianie dokończę jutro...jeśli nie będzie zlecenia, klienta/pacjenta, listu do odebrania, prezentacji do przygotowania...
Einstein miał rację - 4 godziny są pojęciem bardzo względnym


piątek, 13 września 2013

I mamy ustawę przedszkolną...

Przyznam, że z niecierpliwością czekałam na pierwsze w tym roku przedszkolnym zebranie z rodzicami. Jak się można było spodziewać większość czasu spędziliśmy na wspólnym trawieniu nowego pomysłu rządzących. 1 września b.r. z wielkim szumem weszła w życie ustawa, która jak wszystkie ustawy dot. naszego systemu edukacji miała poprawić, wyrównać, dać szansę a wszystko niższym kosztem. Jak słyszę, że "lepiej i taniej" to już coś mi nie gra. Jak jeszcze słyszę "równe szanse" to już mi się z tyłu głowy odzywa powiedzenie pradziadka "Wszystkim równo - nikomu ni chuja".

Można sobie poczytać  TU

A jak to wygląda w naszym przedszkolu z punktu widzenia rodzica i dziecka?
Zajęcia dodatkowe w przedszkolu nie będą organizowane a przynajmniej nie w takiej formie jakiej oczekiwalibyśmy bo:
a) Przedszkole nie może podpisywać umowy z firmami zewnętrznymi, które mogłyby takie zajęcia poprowadzić. Zajęcia mogą prowadzić tylko osoby zatrudnione przez przedszkole.
b) Przedszkole nie może udostępniać firmom miejsca na terenie placówki w godzinach jej otwarcia (6:00-17:00)
c) Rodzice nie mogą ponosić dodatkowych kosztów za takie zajęcia (nie jest ważne czy chcą)

I na tym ma polegać wyrównywanie szans. Jedni nie mogą bądź nie chcą, to nie będą mieli wszyscy. W związku z powyższym z oferty przedszkola na chwilę obecną znikają: język angielski, basen, karate, taniec, zajęcia teatralne, plastyczne (z plastykiem), muzyczne (z muzykiem).
Będzie taniej, oczywiste.

Szymon chodził na angielski i na basen (z zalecenia lekarza). Bardzo lubił te zajęcia. W tym roku planowałam zapisać na zajęcia muzyczne. Nie liczyłam, że nagle zacznie mówić pełnymi zdaniami w obcym języku czy przepłynie setkę na czas, ale na to że będzie się dobrze bawił, a przy okazji osłuchiwał z językiem czy rozwijał fizycznie.  Chcąc by je kontynuował, a przede wszystkim nie zmarnował tego co już mu się udało osiągnąć, będę musiała zapisać go poza godzinami zajęć przedszkolnych czyli w naszym przypadku najwcześniej na godz 17:00. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić jak przedszkolak w tych godzinach przyswaja wiedzę, widzę raczej jak pada po basenie. Do tego dojdą koszty bo już nie ma mowy o ulgach dla grupy itp. 
W grupie Szymka nie było dziecka, które nie korzystało by z jakiejś formy zajęć przedszkolnych, więc to nie moje wygórowane ambicje a problem ogólny. 

Jestem wkurzona i tyle.

Są jakieś pozytywy? Są. Bo przecież Polak potrafi.
- Po pierwsze przedszkole stara się wydębić pieniądze samorządowe (bo podobno na ten cel przeznaczono dotacje, ciekawe czy ktoś je zobaczy) i za pieniądze zatrudnić anglistę - wtedy wszystkie dzieci będą miały język za darmo. Byłoby świetnie. 
- Panie wzięły cześć zajęć dodatkowych na siebie, w ramach zajęć.  Zdajemy sobie sprawę, że nie wszystko się da, bo do tej pory dzieci miały zajęcia ze specjalistami w danych dziedzinach, co było sprawdzane, weryfikowane. Ale dziękujemy im za zaangażowanie, zresztą nigdy nie mogliśmy narzekać bo oddają naszym dzieciakom całe serducho. Między innymi pani P. (najukochańsza Szymonkowa) będzie miała z dziećmi podstawy języka migowego!!!
- No i jeszcze rodzice...myślimy jak zrobić, żeby było zgodnie z prawem a ciekawie. Wolontariat? Jak wszystko pójdzie dobrze to wspólnymi siłami kupimy dzieciom...szachy...i będzie nauczyciel....wyjątkowy...dla dzieci. 

Tylko dlaczego znów trzeba kombinować, dlaczego nie można dać możliwości. Czy naprawdę było tak źle? Czy naprawdę było aż tyle poszkodowanych? Dzieci były zadowolone, rodzice zadowoleni, firmy zewnętrzne oczywiście też. Firmy zewnętrzne - czyt. pełni pasji ludzie, którzy dzieciakom przekazywali to, co kochają, zarażali. Przynajmniej w naszym przedszkolu byli to ludzie sprawdzeni, godni polecenia. Rynek to wymuszał. 










wtorek, 27 sierpnia 2013

Dieta idealna (?)

Zanim moi chłopcy pojawili się na świecie, miałam idealny przepis na zachowanie, chowanie, wychowywanie. Gdzieś mi się ten przepis zagubił po drodze (najprawdopodobniej w drodze powrotnej z porodówki). Jakieś szczątki i pojedyncze wersy ciągle tkwią mi w głowie.
"Boszsz jak można coś takiego puszczać dziecku!! Ja nigdy, przenigdy nie włączę Teletubisiów! W ogóle telewizora im nie włączę".
A potem taka drobna weryfikacja,  bo "Czego się nie robi, żeby dospać w niedzielę jeszcze chwilkę między 5:20 a 5:35 po tym jak się poszło spać 2:15? "
albo
"1,5-roczne dziecko przy monitorze komputera? Zgroza!!" A 5 lat później: "obejrzyj Janeczku pioseneczkę, a mamusia wyciągnie pieczeń z gorącego piekarnika. Akurat w tym mamusi nie pomagaj" A pioseneczka po angielsku..  sumienie jako tako...The wheels on the Bus go round and round... Niech się maluszek osłucha z językiem, łapkami pomacha

I z dietą podobnie. Żadnych parówek, płatków śniadaniowych, danonków. 
Pojwiło się dziecię starsze i przemiliło mamine poglądy. W "szczytowej formie AZS" nie jadło: glutenu, mleka i jego przetworów (masła tysz), krówki wraz z dziecięciem, świnki i kurki. Jak kurki to i jajeczek. Łososia, dorsza,  niet. Selera, brokułów,  pietruszki, jabłuszek. Winogron też nie. 
O takich rarytasach jak banany, cytrusy, kakao, orzechy, nie wspomnę. A po kalarepce i kalafiorze co prawda wysypki nie było, ale brzuszek bolał.  I upiecz tu człowieku tort na pierwsze urodziny :D 
Było, minęło, zostało szczątkowo. A może nie szczątkowo. Dzisiaj dziecię surówki co prawda zjada i nawet nie bardzo marudzi, ale zapytać takiego - Co zjesz syneczku na kolację? 99 razy na 100 odpowie "Paróweczkę z keczupem lub zapiekankę z serkiem". I dostaje to. I zjada. A ja co najwyżej mogę zadbać, żeby parówki miały mięso, ketchup pomidory a serek  był serem a nie wyrobem seropodobnym. Jeszcze pomidorka pozwoli sobie pokroić.

I przyszło na świat dziecię młodsze. Wolne od zaraz zwanych alergiami i nietolerancjami. No prawie wolne, ale jajka to pikuś przy Szymonowych "niemożnach". Wolne od alergii, ale wegetariańskie. A zjedz syneczku paróweczkę, mięska, kotlecika, pulpecika, rybkę... Ugryzie, przegryzie, wyjmie, odda z miną i gestem "masz sama sobie zjedz. Pomidora, ogórka, marchewkę, jabłko mi pokrój". 

I jakby tak przebadać, przeanalizować, przeliczyć, policzyć, to dieta idealna. W sumie. Na dwóch licząc.

sobota, 24 sierpnia 2013

Gdy nie ma w domu dzieci...

Dzieci wyjechały! Z dziadkami! Minął już tydzień, a ja wciąż nie mogę uwierzyć. Ale niech już wracają. Były takie plany....Tyle rzeczy do zrobienia, tyle czasu do zagospodarowania. I co? I niewiele ;) Jakieś zlecenie zrobione, jakieś okno umyte...
Ale dziś wieczór....dziś wieczór było kino. I premiara nawet! I trzymanie za rączkę było. I kolczyki długie były. I małej czarnej nikt mi nie poplamił.
Tylko ten romantyzm jakiś taki, jakiś taki domowy, kapciany ;)

- I jak Ci się podobał film?
- dobrze
- A coś więcej?
- No OK. Patrz, niby czyste niebo a gwiazd nie widać...taka chujnia mała
- Ale jesteś romantyczny!
- No co?! A nie zimno Ci? Dać Ci kurtkę?
- Nie jest mi zimno.
- Aaa, w nogi Ci zimno! Dać Ci skarpety?
- Co?? (śmiech)
- A co? Wolałabyś rajtuzy...
...

piątek, 9 sierpnia 2013

Czary mary

Czy ktoś potrafi odczyniać uroki?? Chyba zacznę wierzyć...? 
W ciągu miesiąca popsuły się: wentylator od klimy w aucie (akurat na upały), turbina, chłodnica, 2 drukarki, telewizor, ekran telefonu, 2 kart SIM, kran i jeszcze parę drobiazgów.
Do żadnej z usterek nie przyczyniliśmy się MY. Nie uderzyliśmy nie stuknęliśmy, nie wywaliliśmy.

Nawet ekran telefonu popękał w niecodziennych okolicznościach. Tatuś jechał swój Maraton rowerowy "Liczyrzepa", miał telefon w kieszeni, było gorąco, telefon się rozgrzał, ktoś chciał kolarzy ochłodzić, polał zimną wodą, telefon TRACH!!!

Urok, prawo serii??

środa, 24 lipca 2013

Wyrób czekoladopodobny

Przemeblowanie. Znów trzeba zmieścić, odkurzyć, przestawić. Przydasie trafiają z jednego kata w drugi kąt. Tam gdzie jeszcze nie drażnią oczu. Pozbędę się na pewno...kiedyś. Ale są i takie, które przenoszone były już dziesiątki razy. "...Nic nie wyrzucisz, coś ci wzbrania przetrząsnąć lamus przywiązania i niepotrzebne, nieużyte usunąć... " Dość. Wyrzucam szczątki własnego dzieciństwa.  Książki.
- Przygody trzech urwisów. Koszmarne ilustracje kojarzą się tylko z jednym - ze strachem, tym samym strachem który kiedyś przesłaniał treść bajeczki. Brrrr - OUT
-Bajka pełna nutek. Może ładna, może .... ale ten papier. Wrrr. Jakby ktoś paznokciem po tablicy... Nie dam rady, nie utrzymam w rękach. - OUT
- Na jagody. Egzemplarz nr 3. - OUT
- Na wyspach Bergamutach. Znamy na pamięć. Wszyscy. - OUT
-" ... Słodką ziemię dzieciństwa, co w przeszłości ukryta, ujrzał nagle oczyma swej duszy:
Tak ten wrzask był podobny do rysika, co zgrzyta po łupkowej tabliczce, drąc uszy" - UOT
- "Od kołyski do mundurka. Album naszego dziecka". Uzupełniony o dwie daty. Datę mojego urodzenia (jakbym zapomniała to sprawdzę sobie w dowodzie) i datę wyrżnięcia się pierwszego ząbka (zdołałam zapamiętać, ale jakbym w razie zapomniała to co? Nic). Zabawne ale albumy moich dzieci uzupełnione są o "analogiczne" daty. - OUT
- "Tydzień dzieci miał siedmioro..." posklejane czymś, co w najlepszym wypadku jest czekoladą...OUT
- I cała masa innych podobnych, nieaktualnych,przestarzałych, nielubianych - OUT

Został też stos perełek. 
Dziś poszła w ruch jedna z nich. "Apolejka i jej osiołek". I co, że trochę dziewczyńska, ważne, że się spodobała. 

***
Jest 20:30. Śpią. Obaj. Ciiiiiiii. Chwilo trwaj.

piątek, 19 lipca 2013

Głowę mi zaprząta Jaś

Dochodzą do mnie głosy, że mało się tu dzieje. Jakoś łatwiej  i się dzielić radościami niż...smutkami? problemami? Nie, nie jest źle, po prostu głowę mi zaprząta Jaś. Coś niedobrego się dzieje z maluszkiem. 

Problem nr 1
Zaczęło się od problemów z zasypianiem. Czasy kiedy odpływał w objęcia Morfeusza tuż po dobranocce odeszły. Teraz pada ze zmęczenia po godzinie 21. Wyciszanie uspokajanie, "trzymanie rytmu" nic nie daje. Jaś zaczyna płakać...nie, nie płakać, drzeć się ile w płucach sił. Nie pomaga przytulanie, głaskanie, śpiewanie. Maskotek nie toleruje, kołderki nie cierpi. Chciałby się bawić, biegać, skakać ale zwykle już jest tak zmęczony że nie daje rady, co powoduje jeszcze większą frustrację. 
Wieczory, gdy Jaś zasypiał, a nam pozostawała jeszcze mniej więcej godzina którą mogliśmy w całości poświęcić Szymkowi odeszły w niepamięć. Czytanie książeczek zostało ograniczone do minimum. 
Próbowaliśmy prawie wszystkiego. Jaś spać nie chce i już. Wyliczyliśmy, że sumarycznie śpi mniej niż Szymon. Bo Szymon ciągle jeszcze korzysta z godzinnej drzemki w przedszkolu.
Jak wygląda drzemka Janka? Czy jej potrzebuje? Chyba tak, ale jak to zorganizować?
Jeśli Jaś zaśnie w dzień i obudzi się wcześniej niż po upływie godziny - po przebudzeniu będzie się darł, wkurzony na cały świat. Jeśli pozwolić mu spać dłużej, to co prawda wstanie radosny, ale da nam popalić wieczorem. 
Zauważyliśmy, że chętniej kładzie się w łóżku Szymka niż w swoim. Może to jest kluczem do rozwiązania zagadki. Planujemy w najbliższym czasie zrobić przemeblowanie w pokoju chłopców. Janek dostanie łóżko Szymona a Szymek dostanie nowe, wymarzone piętrowe. Tylko co to będzie jeśli w pokoju chłopaków pojawi się drabina...a Janek luuubi się wspinać...

Problem nr 2
Wymuszanie.
Jak już dziecię odkryło, że można się drzeć to zaczęło to darcie wykorzystywać w sposób nagminny. Dopracowało je do perfekcji. Wchodzi na takie tony, że uszy bolą wszystkich w promieniu 10 m. W sensie fizycznym bolą. Chyba nawet światło w tym czasie staje się jaśniejsze i razi. Mózg wpada w rezonans i obija się oczaszkę...wrrrrr
Przeprowadziłam mały wywiad wśród sąsiadów, otóż słychać Jasia 3 piętra wyżej! Ja doprawdy nie wiem jakim cudem tak małym dzieckiem mogą targać tak skrajne emocje. W jednej sekundzie szaleje ze szczęścia a w drugiej wrzeszczy. 
Ignorować? - spróbowalibyście zignorować coś takiego <bhahaha>. Człowiek miota się starając znaleźć rozwiązanie.
Ulegać? - zdecydowanie niepedagogiczne, dostarczylibyśmy mu dowodu, że krzykiem można osiągnąć wszystko.
Zagadać, odwrócić uwagę? - nie, Janek dokładnie wie czego chce, tylko nie bardzo potrafi to powiedzieć.
Przedwczoraj np. Krzyczał 40 minut "Auto, auto", piszczał, zanosił się, łzy jak grochy moczyły koszulkę. Więc pokazuję 1000 samochodów - nie o to chodzi. Książeczki? - nieee. Pytam o bajkę. Nic. Włączam DVD z kultową kreskówką, wyrwał mi pilota, i zaczął krzyczeć "nie nie". Wyłączyłam, a ten dale swoje - "auta, auta". Chodziło o ....puzzle...z autami. No i powiedzcie po co 1,5 rocznemu brzdącowi puzzle?! Miałam mu je układać a on miał burzyć. Gdy to zrozumiałam, nastała ciiisza. Może o mówienie chodzi. Młody bardzo chce się komunikować, a jeszcze nie bardzo potrafi. Za to słowa, które zna, wykorzystuje do perfekcji w maksymalnie dużej liczbie sytuacji. 
O Cierpliwości, przybywaj.

Problem nr 3
Przylepa i maminsynek.
To akurat jestem w stanie zrozumieć. Zaczyna chłopak kminić, że mama to osobna jednostka, czasem wychodzi (nie tylko z siebie) a fajnie by było, żeby jednak nie wychodziła. Z jednej strony baaardzo mi schlebia to, że mama jest niezastąpiona. Moje ego osiąga rozmiary galaktyki. Z drugiej ...no sami wiecie.
Do tego to ciągnięcie za włosy. Zwane przez niektórych zachowaniem stereotypowym. Ja tam nie wiem stereo- czy nie stereo- i typowe czy nietypowe. Na pewno męczące. Jaś bawi się moimi włosami, szarpie je, wkręca, plącze gdy jest smutny, zmęczony (czyli dość często). Próbowałam mu zastąpić czymś innym - maskotką, pieluszką, kocykiem, lalką, nawet taką z włosami - nic nie pomaga. On potrzebuje włosów mamy. To nie jest tak, że mu brakuje przytulania. Tego NA PEWNO mu nie brakuje. Próbowałam zabraniać, tłumaczyć i nic nie pomaga. Ostatnio jest jeszcze gorzej. On te moje włosy kocha. Podchodzi i ni stąd i zowąd wtula się w nie. Przynoszą mu ulgę. Ostatnio w nie...wydmuchał nos! Bleee, wiem.
Może ktoś ma jakieś rozwiązanie? Bo to po pierwsze boli, a po drugie jemu też by było łatwiej gdyby miał jakiś inny fetysz. 

Problem nr 4.
Nocnikowanie.
Ja wiem, powiecie, że ma jeszcze czas. Ale on już wie, kiedy mu się chce kupkę. Niestety właśnie wtedy nie da się posadzić na nocnik, czy zaprowadzić do toalety. Tylko na stojąco. A jak go namówimy, żeby usiadł to nie zrobi będzie zaciskał z całej siły. A to już nie jest bezpieczne bo może się doprowadzić do zaparć nawykowych.

SZYMON JEST ZA TO OSTATNIO IDEALNY (prawie)

piątek, 12 lipca 2013

Moje bieganie (2)

O początkach biegania pisałam TU.
I co? biegam sobie dalej, ale nie jest to takie proste jakby się wydawało.
Najpierw było "gromadzenie minut" - przebiec pół godziny ciągiem. Udało się dość szybko. Za szybko.Potem był bieg na 10 km, medal (za ukończenie), radość, zapał...byle dalej i szybciej. A potem zaczęły się schody. Pierwsza odezwała się łydka.Z tyłu głowy słyszłam zwooolniiijjj, ale nie zwolniłam.  Przeszło a raczej przebiegło i wydawało się, że jest dobrze. Po łydce przyszła pora na piętę, porem już stało się jasne, że to Achilles..
I nie wiem dlaczego chodzi mi po głowie: " Z dziurki, dziura się zrobiła a choć Zosia i zaszyła...."
Winne okazały się buty, niby prze-wy-god-ne jak kapciuszki a jednak nie trzymające pięty (również jak kapciuszki) a akurat moja prawa pięta wymaga podtrzymywania. Mądrze się to nazywa nadpronacją. A skąd wiem, że to właśnie to? 
Bo mam szczęście do ludzi. Na mój kurs chodziła rehabilitantka, pracująca m.in. z tenisistami. Zapytałam a Ona natychmiast się za stopę wzięła. I tak jak stałam tak zostałam wybadana, wydotykana (w stopę rzecz jasna), wyoglądana, Wykluczyła ostrogi, zaleciła zmianę butów, ale nie na byle jakie tylko takie, które polecą fachowcy. Ale zanim zdecyduję się coś kupić miałam koniecznie zrobić sobie dwa tygodnie przerwy od biegania (dało radę) i od dźwigania (haha, z przylepą Jankiem niewykonalne). Udałam się do Intersportu bo wyczytałam, że właśnie tam robią badania biegowe. Jak to wyglądało? Najpierw pobrane zostały odciski stóp, z których wynikało, że wszystko jest w porządku,  łuki podłużne i poprzeczne prawidłowo wysklepione. Potem postawiono mnie na bieżni i truchtałam sobie kilka minut, najpierw wolniutko, w tempie jakieś 6km/h, potem troszkę szybciej a kamera filmowała moje stopy od tyłu. Dopiero w ruchu wyszło to, co miało wyjść - nadpronacja w prawej stopie. Zaproponowano mi 3 pary butów, które przeznaczone były właśnie do takich stóp. Następnie każdą z par mierzyłam i znów stawałam na bieżni i znów filmowano stopy, tym razem w butach by sprawdzić czy korygują. I korygowały, co zobaczyłam na własne oczy. Spośród nich wybrałam te, które mi się najbardziej podobały. I znów sobie biegam, troszkę wolniej, chyba rozsądniej ale z jeszcze większą przyjemnością.


piątek, 21 czerwca 2013

Mądrala...

Wraca Szymek z przedszkola...
- Szymonku co słychać? Jak było w przedszkolu. - pytam, choć i tak nie liczę na odpowiedź. Żadnych plot, kto, z kim, kogo, czy śpiewali, czy tańczyli, nic, buzia na kluczyk. 
- Fajnie, ale teraz nie mogę ci opowiedzieć bo muszę się pobawić. Pooobaw się ze mną! - Nie chce mi się. I tu włącza się tryb matki doskonałej: "ten czas już nie wróci, korzystaj, póki możesz, pracuj nad kontaktem, bliskością...."
- No dobra, a w co chcesz się bawić?
- W wyścigi! Będziemy się ścigać autami po podłodze. - Średnio mi się uśmiecha bieganie na kolanach, rozbijanie się o futryny.  
- A może pobudujemy z klocków? Wiem! Zagramy w grę! - zaczyna się wymienianie: puzzle, memo, Tomek (ta lokomotywa), Chińczyk?
- Nie chce mi się grać. Chcę się bawić w wyścigi!
- Ale gry są fajniejsze, poza tym jestem dziewczyną i nie lubię się ścigać autami. - No już większej bzdury nie mogłam powiedzieć. Nie dość, że głupie to jeszcze szowinistyczne.
- No dobra. (Nie wierzę własnym uszom, zgodził się?!) Zagramy w taką grę: Jedziemy autem stąd do tamtego domku i jak dojedziesz to dostaniesz MILION punktów!!! 

A wieczorem znów zaczynam...
- Szymonku, to opowiedz, jak było w przedszkolu.
- Fajnie było, ale niestety już jestem zmęczony, więc nie mogę ci opowiedzieć!

Cóż pozostaje mi cieszyć się, że poprawnie buduje zdania wielokrotnie złożone...

piątek, 7 czerwca 2013

Śmietnik różności

Jakoś nie mogę się ostatnio ogarnąć i pozbierać, co nie oznacza, że się nic nie dzieje. Dziś będzie bałaganiarsko, bez ładu i składu, może troszkę bez sensu, ale muszę uporządkować co mi w duszy gra.

Ostatnio zainteresowałam się troszkę edukacją domową. Nie, nie mam zamiaru rezygnować z tradycyjnej, raczej uzupełniać na własną rękę. Ale czy szkoła w pierwszych trzech latach ma uczyć? Zachowań w grupie, z pewnością tak! Ale czy wiedzy w czystym tego słowa znaczeniu? Może raczej porządkować, porównywać, ustawiać w szeregu. Moim zdaniem za to, jak dziecko postrzega świat (pomijając czynniki niezależne o woli) w największej mierze odpowiadają rodzice. I nie chodzi mi o obciążanie dziecka setkami zajęć pozalekcyjnych. Pewnie polecę truizmami, ale dzieci chłoną wiedzę całymi swoimi ciałkami i nie należy im w tym przeszkadzać. Pomaganie ogranicza się do pokazywania, zabierania ze sobą, zapewniania bodźców. Efekty przychodzą zadziwiająco szybko, w najmniej nieoczekiwanych momentach. Jakieś konkrety? Proszę!

1. Można mimo kiepskiej pogody zabrać dziecko do na spacer do parku miniatur. (Jedna z wielu męskich sobót gdy matka spełnia się zawodowo). Popatrzeć jak się bawi "autem premiera" i odpowiadać na jego małe-wielkie pytania okazując szacunek taki, na jaki zasługuje.
Co się zyskuje?
- To, że przy najbliższej okazji, zupełnie niespodziewanie, odwiedzający goście zostaną poinformowani, że " O! taki sam mercedes, jaki premier Donald "Tusek" parkuje w Warszawie pod budynkiem Sejmu". Zdziwienia gości nie wzbudza bynajmniej znajomość marek samochodów. A rodzice puchną z dumy.
- Albo, że widząc w telewizji pewien gotycki kościół dziecię wykrzyczy "O patrz, Kościół Mariacki w Krakowie"

2. Można tak zaplanować spacer, żeby zahaczyć o miasteczko ruchu drogowego. Przedszkolak i kodeks? Dlaczego nie?! Dzieci doskonale czytają piktogramy. Znacznie lepiej niż dorośli ;) 
Co się zyskuje?
 To, że podczas zabawy autami na dywanowym miasteczku, starszy brat powie młodszemu bratu: "Tędy nie jedź bo tu jest jednokierunkowa, a tutaj ja mam pierwszeństwo".

3. Można powiesić na ścianie mapę świata, Europy, Polski, jakąkolwiek . Nic więcej, tylko powiesić, powiedzieć, że to mapa, odpowiadać na pytania i czekać na efekty. 
Już wkrótce pojawią się wnioski: że do Włoch to trzeba jechać przez góry Alpy, że Ameryka Południowa nazywa się śmiesznie bo tak samo jak Park Południowy (a dlaczego?), i że do tej Ameryki to się nie dojedzie samochodem, tylko trzeba ten samochód zapakować na prom (taki statek, że się na nim mieszczą samochody - łaaaał, chyba nawet większy niż ten co "się rozbił i utopił" <Costia concordia>), a można wcale nie brać samochodu tylko polecieć samolotem. Przy okazji można się dowiedzieć, że na "Antanktydzie" mieszkają bałwany. (No pewnie, kto by chciał tam mieszkać, tylko jakiś bałwan ;) )

4. Można wreszcie po prostu wydłużyć czas przeznaczony na jakąś czynność. Np. na spacer. Po to, żeby się  zastanowić dlaczego drzewa iglaste nie gubią igieł na zimę, dlaczego czerwone robaki zwane tramwajami łączą się ze sobą (moja znajomość entomologii woła o pomstę do nieba, cóż trzeba uzupełnić braki). Albo niesiemy ze sklepu bułki - a czy maluch wie skąd się wzięły? Że zboże, że młyn, że mąka, że piec? Wczoraj mnie zaskoczył pytaniem "Czy to wanilia?". Wskazywał na kwiaty żółtych lilii. Fakt, biorąc pod uwagę to, jak wyglądają na opakowaniu serka waniliowego i że nie ma tam żadnego punktu odniesienia co do wielkości, można się pomylić.  ....

Genialny prawda?! - Oczywiście najbardziej genialny na całym świecie, w końcu mój syn :D

Nie mniej jednak nie omijają go typowe przypadłości wieku przedszkolnego, jak np. fascynacja tematyką proktologiczną :/ kupa, pupa, siku - wywołują salwy śmiechu, ale też żywe zainteresowanie.
Wstrzelił się doskonale w próby nocnikowania Janka i tak go edukował: Jasiu, bo siusiak jest do sikania, a pupa do robienia kupy, wiesz? - po chwili zastanowienia - Bo jakby robić kupę siusiakiem to by była baaardzo mała!-
 -Na co ja (oczywiście) prychnęłam. A takie prychanie chyba nie tu za bardzo nie pomoże.

A edukacja domowa? - Ja mam zasadę CODZIENNIE COŚ (nie licząc wieczornego czytania). Czasem 3 minuty, czasem 2 godziny, zależy od chęci. Czasem pokolorujemy obrazek, czasem tatuś w asyście dziecka naprawi zepsute zdalnie sterowane auto po to by dziecko wiedziało jak wygląda bezpiecznik i co zrobić ze zużytymi bateriami, czasem zagramy w chińczyka, a czasem po prostu obejrzymy w telewizji bajkę w języku angielskim.

sobota, 1 czerwca 2013

Dzień Dziecka

Co tam prezenty...
Co tam wycieczka...
Co tam najprawdziwsze parowozy, para buch...

O to co cieszyło najbardziej!

video

P.S. Trzeba było wypuścić dzieci przed dom. Byłoby 11 schodków a nie 60 km (w jedną stronę).

piątek, 31 maja 2013

...

Próbowałam coś napisać, ale wychodziło bez sensu. Asteria zrobiła to lepiej. Mi ciągle brak słów.
Ale ja napiszę, może nie dziś i może nie na blogu, ale napiszę.

Dziękuję, że byłaś tam ze mną i przepraszam, że po wszystkim nie dałam Ci nawet skończyć papierosa. Ja się po prostu musiałam czegoś trzymać...choćby kierownicy.

piątek, 24 maja 2013

Rowerowo

Ile trzeba czasu, aby czterolatek przesiadł się z rowerka biegowego na zwykły?
Trzy razy po pięć minut!

video

środa, 22 maja 2013

Giro d'Italia 2013, czyli z dzieciakami pod namiot. Część 3 -Powrót do domu

Wiem, wiem, taka przerwa...ale żeby formalności stało się zadość...
Został jeszcze powrót ;)
"WIEZA PIZA"

"Uuuu-uuuuuu!"

"Florencja - widok prawie z campingu"

"Mamo, proszę, sniadanko do łóżka"
 (Nie chce się rozkładać namiotu na jedną noc? - Nie ma sprawy, jest gotowy, uż rozłożony)

Taka wąska czy taki szeroki?

Janek - model, ideał piękna wg turystek z Chin :D 

:* :*


niedziela, 12 maja 2013

Giro d'Italia 2013, czyli z dzieciakami pod namiot. Część 2 Rzym

Wylądowaliśmy w Wiecznym Mieście i co teraz? Do zobaczenia mnóstwo rzeczy, trzeba to wszystko jakoś poukładać. I podzieliłam tematycznie :) Zapraszam do fotorelacji :) Pozawólcie, że pocztówki sobie podaruję.

Dzień czwarty - "Place i fontanny" Piazza del Popolo, Park Borghese, Schody Hiszpańskie, Fontanna Di Trevi, Pantheon, Piazza Navona)
video

Piazza del Popolo - tak się zwiedza z czterolatkiem ;)



piątek, 10 maja 2013

Giro d'Italia 2013, czyli z dzieciakami pod namiot. Część 1 (Na Rzym)


Zapakowaliśmy (nie mam pojęcia jak) namiot, śpiwory, maty, składane krzesła, walizki, pieluchy, mleka, słoiczki, deserki, rowerek, wózek, 2 foteliki i 1000 innych drobiazgów. Na koniec wsadziliśmy nasze mniejsze  lub większe 4 x 4 = 12 liter, a na piątym,  wolnym siedzeniu upchaliśmy kosz z prowiantem i w drogę. 
TAK - z dziećmi pod namiot
TAK - do Włoch
TAK - samochodem

Jasne, że trochę trudniej podróżować z dziećmi, ale WARTO!!!

Trasa w wielkim skrócie:
Dzień pierwszy (a właściwie wieczór i dłuuuga noc).
Wyjechaliśmy o godzinie 20:00 czyli dokładnie o tej porze o której chłopcy zwykle są już w łóżkach. Nakarmionych, wykapanych, ubranych w wygodne dresiki pasażerów wsadziliśmy w foteliki. Obaj mają jeszcze fotele rozkładane, umożliwiające spanie. Ostatnio nawet planowałam zakup bardziej "dorosłego"  dla Szymona, w końcu ma chłop 4 lata (i 4 m-ce), ale po co, skoro i wagowo i rozmiarowo mieści się w rozkładanym, wygodnymo Maxi-cosi. Pierwszy postój był już po 5 minutach - trzeba było wymienić żarówkę w aucie (oczywiście!!!) a o godzinie 16:00 jeszcze świeciła (oczywiście!!!). Ale potem poszło już gładko. Autostradą do samych Włoch. Wybraliśmy trasę przez Monachium, troszkę dłuższą, ale za to bez toczenia się po polskich i czeskich dróżkach. Jechaliśmy na zmianę - nie ma wyjścia, jeśli się chce przejechać jak najdalej, wykorzystując błogą ciszę panującą na pokładzie, zanim Potworki się obudzą, trzeba pruć ile maszyna (i ograniczenia prędkości) pozwolą. Jedna przerwa na szybkie siku i zmianę kierowców, bez gaszenia silnika. I tak do 3:00 rano. Zmogło nas oboje, więc trzeba było stanąć, i tak byliśmy dumni, że udało się przejechać aż 7 godzin bez przerwy. 2 godziny spania w aucie i dalej w drogę. Dzieci obudziły się rano. Janek dostał swoją butlę o 6:00 (bez postoju) i spał sobie kolejne 2 godziny.

Dzień drugi - Przeprawa przez zapierające dych w piersiach alpejskie doliny. Zaplanowaliśmy długi odpoczynek wraz z noclegiem gdzieś w Dolomitach. Bo tak. Bo chcieliśmy zobaczyć i poczuć coś czego jeszcze nie widzieliśmy. Plany pokrzyżowała pogoda. Przywitały nas 3 st. C, 3 metrowe zaspy na poboczu drogi i mżawka a właściwie nisko wiszące (chyba nawet leżące na ziemi) chmury. 

Szybka zmiana planów - kawa, śniadanie i spadamy na południe. I tak wylądowaliśmy w pięknej Bolonii. Pooglądaliśmy, spałaszowaliśmy najpyszniejszą lazanię jaką można sobie wyobrazić (moje dotychczasowe pojęcie o tym daniu legło w gruzach). Na koniec nocleg w hotelu (no, poszliśmy na łatwiznę, przyznaję się).




Dzień trzeci - Na RZYM :D
Autostradą aż na pole namiotowe w samym Rzymie. Czynności standardowe - postawienie namiotu i rekonesans po campingu i okolicy.
Dla zainteresowanych szczegółami: Namiot mamy 3 komorowy - 2 sypialnie i duży przedsionek pośrodku. Chłopcy mieli swój "pokoik" rodzice swój. Spali obaj na tym samym dość szerokim materacu. Jeden wzdłuż, drugi w poprzek "w nogach" brata. Nie miało tak być ale tak wyszło i tak im było najwygodniej. Szymek ma swój śpiwór dziecięcy - jak dorosły tylko mniejszy rozmiarem, Janek spał w śpiworku dla niemowląt (małych dzieci). Obok materaca mieli rozłożoną matę na wypadek gdyby któryś spadł.

Obozowisko ;)


Stacja kolejowa znajdowała się 700 m od campingu.
Co było bardzo wygodne bo dojazd do centrum miasta zajmował 15 minut.
Pociągi nie stoją na szczęście w rzymskich korkach ;)



poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Moje bieganie

Wziąć się za siebie...powtarzam jak mantrę. Kiedy? Oczywiście "od jutra". Pod koniec ostatniego lata postanowiłam, że zacznę biegać. Marudziłam, jęczałam. Widocznie Mężuś się znudził moim jęczeniem bo wsiadł do auta i pojechał gdzieś, a wrócił z butami do biegania. Butami dla mnie. Zmierzyłam - jak robione na miarę. Nie było wyjścia, trzeba było się ruszyć. I ruszyłam. Znalazłam sobie plan treningowy dla początkujących. Ale kiedy może biegać mama? Oczywiście jak dzieci pójdą spać, albo chociaż wylądują w łózkach. A co to znaczyło w praktyce? To, że coraz szybciej robiło się ciemno i przyjemność z biegania była coraz mniejsza, aż samo bieganie wróciło tam skąd przyszło czyli strefy teoretycznych rozważań :/ 
 Wraz z początkiem roku pojawiły się po-sta-no-wie-nia. Zapisałam się na basen na hydrocycling - bo tak! Bo "coś innego", bo "coś rowerowego", bo więcej się spala, bo mniej obciąża stawy, bo, bo bo...
Głównie chodziło mi o stawy kolanowe. Bolały. Pomogło - boleć przestały. Ale co to jest 1 godzina w tygodniu? - NIC
A butki stały i się marnowały. I mąż pytał - Kiedy? - na co ja, że jak wiosna, przyjdzie a wiosna jak na złość pokazała ogólnie znany gest i nie przyszła. Przyszło za to "powiośnie". I kto zadziałał? - Mężuś! (ofkorss) Załatwił mi partnera do biegania! Zmanipulował nas oboje i oboje czuliśmy się "w obowiązku". Najważniejsze, że wypaliło i wygląda na to, że nadal będzie wypalało. 

Gdyby kogoś interesowało, to biegamy wg planu, który zakłada  3-4 treningi w każdym tygodniu wg uznania, formy i możliwości czasowych): 
  • Tydzień 1: 5x (1 min biegu + 5 min marszu)
  • Tydzień 2: 5x (2 min biegu + 4 min marszu)
  • Tydzień 3: 5x (3 min biegu + 3 min marszu)
  • Tydzień 4: 4x (5 min biegu + 2,5 min marszu)
  • Tydzień 5: 3x (7 min biegu + 3 min marszu)
  • Tydzień 6: 3x (8 min biegu + 2 min marszu)
  • Tydzień 7: 3x (9 min biegu + 3 min marszu)
  • Tydzień 8: 2x (13 min biegu + 2 min marszu)
  • Tydzień 9: 2x (14 min biegu + 1 min marszu)
  • Tydzień 10: 1x 30 minut ciągłego biegu

My zaczęliśmy do 4-tego tygodnia. Jak uda nam się skończyć to będziemy stopniowo wydłużać czas biegu. Dlaczego taki plan? Bo nie ma ani słowa o kilometrach. Trzeba biec swoim tempem. I tak mi się marzy za rok, może 2 (a jeszcze pewniej za 5), że się zapiszę i wezmę udział i pokażę O!

niedziela, 14 kwietnia 2013

Matka pracuje a chłopaki...podróżują

Wybrali się do wrocławskiej Mediateki czyli Miejskiej Biblioteki Publicznej. Po co? By podróżować. 
Od czwartku do soboty odbywał się RÓWNOLEŻNIK ZERO - Wrocławski Festiwal Podróżniczy im. Olgierda Budrewicza. Super inicjatywa, prawda? Chłopcy  wysłuchali trzech japońskich bajek, pobawili się klockami poruszanymi dzięki ogniwom fotowoltanicznym (tak przynajmniej powiedział Tatuś), poskakali na pufach. A Jaś został członkiem Miejskiej Biblioteki Publicznej  :) Tak Jaś :) Dostał nawet swoją własną NAJPRAWDZIWSZĄ  kartę biblioteczną i  kultową książeczkę z fantastycznymi ilustracjami na zachętę, o proszę taką (znacie?):

Poniżej program i fotorelacja:

Słuchali

i słuchali :)

Karuzela w Parku Staromiejskim znów działa - oznaka wiosny na równi z krokusami



sobota, 13 kwietnia 2013

Beniaminek

Mamy "Beniaminka" - 2 metry wzrostu, siedemnaście liści z czego 8 martwych (powinno być 8761213 jak przystało na drzewo). Proszę i proszę i nic. Marta widziała, z grzeczności nie wyśmiała :/

Ja: K...mać, czy Ty wreszcie wywalisz tego kwiatka?! Przecież to wstyd trzymać
Tatuś: ...ale to jest podlewane
Ja: No i co, że podlewane, ZOBACZ!! 
Tatuś: "Ejła nam padła?! uuuu...nie wyjąłem Ci szmatki bo jeszcze nie minęło 5 do 7 minut a jedynie 3.
Ja: He??
Tatuś: Herbatę Ci zrobiłem

....i znów rozłożona na łopatki a Beniaminek ZNÓW dostał kolejną szansę - "może odbije".

czwartek, 11 kwietnia 2013

Szach mat

Ja tam nie wiem - za wcześnie czy nie za wcześnie, ważne, żeby pokazywać różne opcje. A co sobie wybierze potem to już inna sprawa. Wczoraj padło na szachy. Zupełnie nie moja broszka...a szkoda.
Dobrze, że tatuś potrafi i co ważniejsze ma miłe wspomnienia z czasów szachowej edukacji. Może i Szymona obdzieli zapałem..Kto wie. Ale jak się zabrać do nauczania? Ja wynalazłam taką metodę: (klik klik).
 Na lekcji pierwszej chłopcy pobawili się figurami, ustawili we właściwej kolejności. Rozegrali partyjkę, na razie samymi pionkami. Po to by młody poznał podstawy podstaw -kto zaczyna, jak, w którą stronę. Po to by odniósł sukces - mógł zbić pionka taty. Lekcja kolejna - utrwalenie wiadomości. Potem wprowadzimy kolejną figurę. 
A Jaś? - jak zwykle towarzyszył, jak zwykle podpatrywał, jak zwykle brał bardzo czynny udział. :)


Partyjka 

P.S. Jaś jak zwykle...brudny :/ ale szczęśliwy. Banana i arbuza- sprawców zamieszania nie odnalazłam ani pod komodą ani pod kanapą, zatem chyba jednak wylądowały w Jankowym brzuchu. No i oczywiście na koszulce.



środa, 27 marca 2013

Lekcja geografii

Przyłapałam chłopaków na zabawie co najmniej edukacyjnej ;) W rolę profesora wcielił się, a jakże by inaczej, Szymon.

- Widzisz, jak się popłynie tuuu i tuuuu w dół - przesuwa palcem po globusie - to się dopłynie do ANTAN-KTY-DY.
- I co tam żyje? - wtrącam się
- No bałwany!
-...
Lekcja geografii

P.S. Widać, że Szymuś chory, co nie? :(

wtorek, 26 marca 2013

Nauka

- Mamusiu, ja znam dwa słowa, co kończą się na "K"!
- Tak? A jakie?
- Mat-ka
- Aha, a drugie?
- Drugie mi się zapomniało.
- ...

wtorek, 19 marca 2013


Dzieci w przedszkolu miały dziś spotkanie z autorką książek dla dzieci. Młody przyniósł książeczkę
z dedykacją (oczywiście ja wcześniej za książeczkę zapłaciłam).

- Szymusiu, a co ty masz?
- Książkę od pani pisarki.
- To mieliście gościa w przedszkolu...
- Tak, panią pisarkę.
- I co, czytała wam bajeczkę?
- NO CO TY!!!! TO PRZECIEŻ PI-SAR-KA, a nie cyt...cyt...
- a nie czytarka....To co pani pisarka mówiła? Zadawaliście jej pytania?
- No zadawaliśmy, ale ja nie zadawałem bo mnie AKURAT brzuch bolał...Ale miała TAKI EKRAN rozwijany, jak brama od garażu, wiesz?!!!
- I co na tym ekranie pokazywała?
- No KSIĄ-ŻE-CZKI ocywiście!!!!
....ocywiście

sobota, 16 marca 2013

Szczęście?


Sobota -  dzień pod hasłem stłuczek:
Najpierw Jaś stłukł słoik i nie chciał oddać mi kawałka szkła w efekcie chyba ja go pokaleczyłam jak mu to szkło wyjmowałam z rączki. Nie to, że jakaś tragedia, ale krew leciała dość mocno, a on się (i mnie) pięknie nią wymazał, aż musiałam go ukrywać przed potencjalnie mdlejącym Tatusiem. Trzeba nie lada zręczności by okleić dwa 14-miesięczne paluszki plasterkami. 
Potem Tatuś stłukł kubek. Nie cierrrpię zdekompletowanych kompletów... Już wolałabym gdyby stłukł jakiś pojedynczy. 
Na koniec dnia - ja stłukłam szklaną pokrywkę od garnka. Odprysk wielkości ziarnka piasku trafił mi w oko. Wylałam sobie na to oko jakąś wannę wody i chyba wypłukałam ten odłamek.

Podobno stłuczka wróży szczęście. Jeśli tak, to chyba powinniśmy zagrać w totolotka.

wtorek, 12 marca 2013

Kino

Do tej pory Szymek reagował histerycznie na sam pomysł pójścia do kina. Już był w ogródku już witał się z gąską....za wysokie progi na lisie nogi. W tym wypadku za wysokie tony na Szymonowe uszy. Uciekał z sali kinowej gdzie pieprz rośnie.
Kiedy więc dowiedziałam się, że Świetliki (Szymonkowa grupa przedszkolna) wybierają się do kina na przedstawienie teatralne uznałam, że to świetna okazja by spróbować po raz kolejny. Na przedszkolnej tablicy ogłoszeń pojawiła się informacja, że brakuje jednego opiekuna, a ja akurat dysponowałam wolnym wtorkiem. Znaki z nieba czy co?!  Zapisałam się.
Same plusy bo z dziećmi to inaczej, bo to przedstawienie a nie film (założyłam, że ciszej), bo jakby co to jest mama, która w razie "W" wyjmie z torebki słuchawki ...

Udało się w 200%.Widać było, że Szymek się cieszył, że gdzieś tam przemykałam, chyba nawet było widać dumę - "to MOJA mama!" Jednocześnie zupełnie mnie nie potrzebował siedzieliśmy na dwóch różnych końcach rzędu. I dobrze.  
Veni, vidi, vici!!! 

Ale czego nauczyła się mama?

Siedziałam na końcu rzędu na sali kinowej. Trzymałam pieczę, by żaden Świetlik nie wymknął się niepostrzeżenie. Bo Świetliki potrafią! Obok mnie siedział Świetlik - Największy Szymonkowy Przyjaciel. Wiercił się, kręcił, nie mógł znaleźć swojej pozycji. Troszkę się bał ciemności, troszkę głośnych dźwięków, troszkę trzymaliśmy się za ręce...W pewnym momencie Świetlik-Przyjaciel pożalił się, że go nóżka boli i najchętniej by nóżkę....zdjął. Niby uwagę puściłam mimo uszu, ale coś nie dawało mi spokoju. Potem chłopcy wracali już razem. Widocznie zbyt długo trwało rozstanie, zbyt długa przestrzeń ich dzieliła. Szymek schodził po schodach nóżka za nóżką, Przyjaciel skacząc po 2 stopnie. Tylko tych schodów przybywało i przybywało, winda gdzieś się zapodziała. Przyjaciel coraz bardziej narzekał "kiedy wreszcie schody się skończą bo nóżka boli". Moje dziecię też narzekało, ale jakoś tak bardziej na zasadzie "ja też". 
Wróciliśmy do przedszkola i tu się okazało, że przyjaciel nóżki...nie ma. Ma protezkę. Dla mnie to był szok. Ale właściwie dlaczego szok? Przecież przedszkole integracyjne. Dzieci mają różne problemy. Co mnie tak poruszyło. To, że znałam i nie wiedziałam? To, że nie widać? To, że taki dzielny? To, że sobie radził na tych schodach lepiej niż mój całkiem sprawny? Oj, miałam o czym myśleć. I już wiem!
Poruszyło mnie to, że dla mojego dziecka przyjaciel jest przyjacielem i tyle. Bez żadnych "ale". I tak ma być! To nie ma być integracja. To ma być coś tak zwykłego jak powietrze. 

Czego więc  nauczyła się mama?? Pokory, po raz kolejny! 

wtorek, 5 marca 2013

No doobra, nie było tak źle :P (fotorelacja)


Korzystało się z ostatnich podrygów zimy
Szukało wodospadów
 Spacerowało

Wspinało podpierając się "kijem trekingowym"
 Spało
 Dreptało
 Złoto z kopalni wykradało

 Jeździło kolejką

Wdrapywało (ku rozpaczy rodziców)

poniedziałek, 4 marca 2013

Wycieczka

Praca, praca, praca. Pędzimy, gonimy. 
Wymarzyliśmy, wyczekaliśmy, zorganizowaliśmy. Roztaczaliśmy wizje sielskiego łikendu na łonie przyrody. Tylko my (nasza czwóreczka), natura, świeże powietrze. Ktoś inny ugotuje, pozmywa. My będziemy się delektować swoim towarzystwem. Będziemy  pokazywać świat, zarażać pasjami, uczyć szacunku do przyrody. Ochy i achy. Wizja trzech dni w górach dodawała nam sił i energii przez ostatnie tygodnie. 
Zapakowaliśmy, wsiedliśmy, pojechaliśmy. Ahoj przygodo!

Ta dam.

video